Friluftsliv – Twoje dziecko tego potrzebuje

Category: well-being

Jeśli nie praktykujesz friluftsliv, pozbawiasz siebie i dziecko wielu dobroczynnych czynników znakomicie wpływających na zdrowie. Negatywne konsekwencje odbijają się także na rozwoju, więziach, kondycji psychicznej, poziomie kreatywności i całym spektrum innych niezwykle ważnych aspektów naszego życia.

Ale co to jest friluftsliv?

Nie martw się, że nie wiesz. To tylko fikuśne z naszej perspektywy norweskie określenie, które można przetłumaczyć jako „życie na świeżym powietrzu”. Uknuli je już w 1859 roku i zamiast obwarować szeregiem skomplikowanych reguł, wyznaczyli jedną podstawową: przebywaj na świeżym powietrzu tak często, jak tylko się da.

Przeczytałam o tym miłym słówku w nowej książce Richarda Louv (autora „Ostatniego dziecka lasu) pod tytułem „Witamina N”. Sięgnęłam po tę pozycję tylko za sprawą propozycji wydawnictwa Mamania. Sama nigdy nie szukałabym książki o korzystaniu z przyrody. Przecież to takie oczywiste, że warto wychodzić na świeże powietrze, że to zdrowo i dla dorosłych, i dla dzieci w każdym wieku, że spacerek to konieczność, a urlop warto spędzić w górach, and morzem czy gdzie w lasach. Przeglądając jednak tę książkę stwierdziłam, że do natury podchodzę zupełnie nienaturalnie. A mój poziom zaawansowania w korzystaniu z przyrody jest tak znikomy, że niezwłocznie powinnam rozpocząć suplementację witaminy N (tylko, która apteka ją sprzedaje…).

Jestem dzika

Jestem dzikusem i niestety nie mam tu na myśli swobodnego, naturalnego i niczym nieskrępowanego bytowania w mym środowisku naturalnym. Chyba że za moje środowisko naturalne uznać beton, chodnik i cegły bloku. Nie znoszę robali, nigdy nie siądę na trawie i raczej nie pozwalam na to dzieciom, bo przygoda z kleszczem i zafundowaną przez niego boreliozą na zawsze pozostanie w mojej pamięci i karcie chorób męża. Zapomniałam nazwy większości gatunków roślin, zwierzaki, które widuje to gołębie na starówce i osy w ciastkarni. Parki lubię z betonowymi alejkami, szum lasu podziwiany z parkingu w zupełności mnie satysfakcjonuje, a jedyny bliższy kontakt z podłożem mam na plaży – choć do Zatoki Gdańskiej stopy raczej nie włożę. Kwiatki lubię z kwiaciarni, krzaki omijam szerokim łukiem, a skręcającą w zielone zarośnięte skwerki córkę ciągnę za rękę pod pozorem zakazu deptania zieleni. Spacer po osiedlu trudno podciągnąć pod friluftsliv. A i tę atrakcję reglamentuję, gdy wieje, pada lub skwarzy – czyli hm.. przez 3/4 roku?

A Ty?

Nawet jeśli nie żyjesz w centrum dużego miasta lub nie masz tak spaczonego podejścia do przyrody, jak ja to pewnie więcej czasu spędzasz w kuchni, przed telewizorem, komputerem, z telefonem w garści, na zakupach czy gdziekolwiek, ale nie na łonie natury. Trochę klimat nie sprzyja, trochę to nudne, trochę czasu brakuje.

Patenty na friluftsliv

Skro reguła jest prosta – spędzaj na dworze jak najwięcej czasu, to każdy może wypracować swój sposób będący najbardziej kompatybilnym z wiekiem dzieci, zainteresowaniami, miejscem zamieszkania, wolnym czasem i całym multum innych czynników. Inspiracji jednak nigdy dość. Mi podobają się poniższe (a w książce jest ich ponad 500).

  • Udaj się na polowanie z aparatem – nakłonienie pędzącego z wiatrem dziecka, żeby przystanęło i szukało robaczków lub rozróżniało roślinki może być trudne, ale gdy wręczy mu się do ręki aparat i zleci dokumentowanie, to już coś innego. Plus jest taki, że dopiero w domu będziemy nazywać te żyjątka i google lub atlas nam dopomoże. Może powstać książka lub folder na komputerze.
  • Idź puszczać latawce – zapomniałam już, jaką frajdę miała Zołzina z biegania po plaży z latawcem. O dziwo tym razem nie krzyczała, że bolą ją nogi i nie domagała się od nas transportu. Latawiec może sporo nauczyć o wietrze i prądach powietrza, zmusza do aktywności i treni karczycho patrzącego w chmury. Można zbudować też własny model latawca z patyków.
  • Szukaj dodatnich stron miejsc bogatych w jony ujemne – podobno plaża, wodospad lub zoo z aranżacjami roślinnymi i wodnymi są bogate w jony ujemne, a te wdychamy, wpuszczamy do krwiobiegu i od razu mamy wyższy poziom serotoniny. To dlatego nigdy nie mam depresyjnych nastrojów po powrocie z plaży (no chyba że się naoglądam i nasłucham alkoholizujących się rodziców i ich dzieci nieustannie strofowanych pokrętną polszczyzną).
  • Myśl w kategoriach analizy porównawczej ryzyka – to patent dobry dla tchórzy takich jak ja. Owszem kleszcze, tak można złamać nogę skacząc ze skarpy, być może przemarznięte w kałuży stopy skończą się katarem, aaaale ryzyka trzeba sobie skalkulować. Pewnie okaże się, że większym zagrożeniem jest wychowanie nieaktywnego i niedotlenionego wielbiciela kanapy i telewizora, grubasa, zachuchanego, nieodpornego chorowitka i tak dalej. Szersza perspektywa wiele zmienia w podejściu do dzikiej natury za oknem.
  • Jeśli cię na to stać, dopilnuj, żeby mieć widok na przyrodę – w książce czytam „większość krajobrazów jest zaprojektowana tak, żeby dobrze wyglądała z zewnątrz, a tym, co powinniśmy tak naprawdę robić, jest tworzenie ładnych widoków od środka”. Bingo! Ja jedyna w całym otoczeniu mam skrzynkę balkonową zwróconą do wnętrza balkonu. To dla mnie ten balkon, dlaczego mam go ozdabiać na zewnątrz? Nie jestem jeszcze gotowa, by porzucić centrum miasta i nasz dom buduje się tutaj kosztem ogrodu, zieleni i lasu gdzieś za płotem. Ale może kiedyś… To dobry pomysł, żeby szukać sobie miejsca z ładnym widokiem – chociaż na czas urlopu.

A Wy macie jakieś sposoby na to, by spędzać na dworze jak najwięcej czasu? Mnie najbardziej motywuje jedzenie gofrów na deptaku i zepsuty ekspres do kawy.

PREVIOUS POST

Bezdzietni egoiści

NEXT POST

Nasze córki nie muszą robić bigosu

Related articles

  • igmu

    Tutaj, gdzie spędzamy całe lato, od maja do października, nie ma innej opcji niż siedzenie na łonie natury 🙂 domek to licha chatka, nie ma tv, a dzieci dookoła mają masę przyjaciół z którymi spędzają cale dnie na trawie, w piasku, w jeziorze czy lesie… 🙂 czasem wręcz tęsknimy za miastem i murami blokowiska :p

    • Obserwuję Was na insta i widać jak na dłoni, że blisko Wam do trawy, wody, owoców prosto z krzaka. Świetnie tak.

  • Sposobów nie mam, lubię po prostu przebywać na zewnątrz. Takie mam szczęście, że dookoła mam parki, las, puszczę – nic tylko czerpać garściami 😉 I wiem, że Syna będę chciała jak najwięcej „wyprowadzać”. Może to stereotypowe, ale myślę, że chłopaka trzeba wyganiać – niech wspina się po drzewach, zagląda do bunkrów (u nas ich pełno), bawi się w berka, chowanego i inne takie. Natura wycisza, uwrażliwia.

  • ps. ledwie przeczytałam Twój post i trafiłam oto na ten artykuł 😉 http://ulicaekologiczna.pl/lektury/witamina-n-zaaplikowania-zaraz/

    • O, ten bardzo entuzjastyczny. Mnie książka nie ruszyła na dwór, tylko do kuchni po herbatę 😉

  • Dita

    Jam prosta dziewka ze wsi i jak żem się do męża do większej wiochy przeprowadziła (w zasadzie spełnia wszelkie kryteria miasta tylko praw miejskich nie ma), to stale i nieustannie marzę o powrocie do głuszy i spokoju w jakim spędziłam dzieciństwo. Robactwa i gadów się brzydzę, ale nie muszę ich dotykać żeby cieszyć się przyrodą, takie np. truskawki mają swój niepowtarzalny smak tylko zerwane prosto z krzaka – te z koszyczka to profanacja;) Ach i podziwiam tych co mieszkają w blokach – mam swój badylniak i uwielbiam się w nim spełniać.

  • Katarzyna Mirek

    Oj uwielbiam naturę, ale to fakt ze człowiek trochę siadł na tyłku i już mu się nie chce jak kiedyś godzinami spacerować, spędzać weekendów w lesie zawsze gdy tylko nie pada