Zgadzasz się z tym, że skrojony na miarę możliwości i potrzeb biznes jest dobrym wyborem na aktywność zawodową łączoną z życiem matki? Jeśli uważasz odwrotnie, to nie chciałabym Cię przekonywać. Wtedy czytaj moje argumenty jako sugestie dotyczące tego o co być może warto zadbać przy negocjowaniu i kreowaniu swoich warunków zatrudnienia. Jeśli natomiast szukasz dla siebie nowej drogi, albo od dawna wahasz się czy właśnie teraz brać się za rozwijanie biznesowych marzeń – czytaj – może te argumenty przeważą szalę lub pomogą wyznaczyć zasady na jakich powinien funkcjonować Twój pomysł.

 

1. I tak nigdy nie będzie idealnego momentu na wystartowanie z biznesem.

Na początku kariery zwykle potrzebujemy trochę odwagi, obserwacji, doświadczeń – więc wtedy nie. Gdy mało zarabiamy – to nie, bo nas nie stać. Gdy dużo – też nie, bo szkoda wypracowanej pozycji i dochodów, pod które poukładany jest budżet domowy.

Pierwszy krok do założenia biznesu zawsze będzie niewygodny, trudny i pokonujący jakąś przepaść. Czy krok wykonamy solo czy z dzieckiem w nosidle – wszystko jedno. Wystarczy świadomość, że okoliczności nigdy nie będą idealne, a właściwy czas to kwestia osobistej gotowości i determinacji a nie odpowiedni układ wszystkich czynników we wszechświecie.

 

2. Przyjęto w naszej szerokości geograficznej nagradzać poświęcenia a nie produktywność. Matki muszą emigrować z tego kręgu.

W większości miejsc, które oferują etaciki liczy się dyspozycyjność, zaangażowanie, fizyczna obecność, gotowość do poświęceń, nadgodzin i prezentowania zabieganej sylwetki oraz zmarszczonego czoła przez jak najdłuższy czas w ciągu dnia. Szefowie są spokojni, gdy pracownicy są po prostu zajęci – ocena ich produktywności w oderwaniu od czasu poświęconego na pracę bardzo często przerasta ich możliwości.

Macierzyństwo robi konkurencję etatowi – bo najpierw karmienie, później zaraz choroby i niekończące się zwolnienia, występy w przedszkolu, długie wakacje, liczne aktywności, zajęte weekendy. Nawet jeśli liczne nieobecności i pierwszeństwo w rezerwowaniu urlopów będą bez manifestacji akceptowane i środowisko pracy wykaże się zrozumieniem a nawet jakąś dozą elastyczności, to trudno jest konkurować z innymi pracownikami, zarobić więcej, wykazać się, czy np. zawalczyć o najbardziej odpowiedzialny projekt lub stanowisko. Taka praca to często nic innego, jak nieustanna próba pogodzenia obowiązków zawodowych z życiem prywatnym. W biznesie do pewnego stopnia będzie podobnie, ale przynajmniej w oparciu o rezultaty, nie czas i na własnych, a nie cudzych zasadach.

 

3. Matki są pacyfistkami – nie chcą wciąż walczyć.

W pracy etatowej dostaje się narzucony przez szefa lub realia organizacji pakiet zadań do wykonania. Trzeba kombinować, walczyć, przełamywać się i działać. To pochłania nadmiernie dużo energii i czasu. Znacznie korzystniej i przyjemniej jest skupiać się na swoich mocnych stronach, na tym co przychodzi z łatwością, na naturalnie dostępnych zasobach. Gdy walczy się ze słabościami – robi się powolne postępy i osiąga się przeciętne rezultaty, natomiast gdy świadomie wykorzystuje się dostępne zasoby i własne talenty – przy mniejszej puli dostępnego czasu można szybko pomnażać rezultaty.

W biznesie dobrze skrojonym na własne realia i możliwości jest po prostu efektywniej. I nie twierdzę, że to od razu zamiana w stylu: 3 tysiące na etacie na 10 tysięcy w biznesie (choć i do tego pewnie należy zmierzać). To raczej zamiana z gatunku: 3 tysiące w 120 godzin pracy miesięcznie na 2,5 tysiąca w 35 godzin miesięcznie. Według mnie – to się kalkuluje. Choć w portfelu mogę nie mieć więcej pieniędzy, to wiem, że za godzinę pracy zarabiam znacznie więcej – a w przypadku stylu życia „na matkę”, kiedy sprawdzimy na przykład koszt dodatkowej opieki nad dzieckiem, obiadu z restauracji i meliski na nerwy – to i z tym portfelem oderwanym od roboczogodziny pewnie wychodzę na swoje.

 

4. Zarabianie samo w sobie nie jest już celem.

Pewnie każdy człowiek wcześniej czy później dochodzi do takich wniosków. Jednak matka ma już w domu żywy i chodzący na to dowód. Zwykle wraz z zostaniem rodzicem wiele kwestii przewartościowuje się, a priorytety życiowe pod tytułem „rodzina i zdrowie” przestają być istotne tylko w deklaracjach – a na sztywno wchodzą w styl życia. Dostrzeganie szczęścia nie znajduje się już na końcu zdania „gdy będę miała pieniądze na.., to..” Teraz żadne pieniądze i żadne prestiżowe stanowisko nie stanie na szali z dbałością o zdrowie czy bezcennym czasem dla dziecka, którym buduje się więź.

Energia życiowa fluktuuje. U matek dzieje się to nieustannie. Czy dziecko spało, czy miało gorączkę, czy okazało się, że przez noc musi powstać kostium pastuszka… Ludzie wykonując wciąż te same czynności zawodowe często zmierzają w stronę wypalenia – niewyspana matka może poczuć wypalenie i brak sensu wykonywanej pracy w tydzień z grypą żołądkową. W takie realia idealnie wpasowuje się robienie czegoś, czego sens widzi się także poza podliczaniem kwoty wpływającej na konto po miesiącu w pracy. Oczywiście na etacie także można czerpać satysfakcję z realizowanych celów (podobno;), jednak wydaje się to o wiele prostsze, gdy realizuje się cele własne, nie pracodawcy. Szczególnie teraz chcemy (i w wielu sytuacjach musimy) panować nad swoim życiem zawodowym i samodzielnie decydować co się robi, z kim, gdzie i kiedy.

 

Masz jakieś swoje przekonania w tym temacie? Która droga wydaje się być najlepszą w Twoich realiach?