Co powinna mieć każda matka? Dwie nogi i dwie ręce? Hm – czasami przydałoby się więcej, ale są kobiety, które udowadniają, że i po dwie w komplecie nie są niezbędne. To może doświadczenie (zdobywane na cudzych dzieciach?), wiedzę (tylko, która jest tą jedynie słuszną?), entuzjazm (w środku nocy?), luz, rozsądek, odwagę, instynkt? A może pełne mleka piersi, odpowiednio szerokie biodra, wystarczająco silne ramiona? Może potrzebny jest odpowiedni wiek, status materialny lub matrymonialny, stabilna kariera, minimalny metraż, duży bagażnik?

Każda z nas zanim podejmie świadomą decyzję o macierzyństwie stawia przed sobą pakiecik wymagań wobec siebie i świata, w którym żyje. Pakiecik ten jest zawsze inny, tak jak inne jesteśmy my kobiety. Jak pokazuje historia ludzkości z względnym sukcesem od pokoleń pchamy te macierzyńskie wózeczki do przodu w przeróżnych okolicznościach. Jest jednak coś co wszystkie powinnyśmy wrzucać do wspólnego mianownika – coś czego potrzebuje każda z nas i o co powinnyśmy dbać bez względu na szerokość bagażnika, bioder i przedpokoju.

 

Energia!

Bycie nieustannie za kogoś odpowiedzialną, ciągłe próby pogodzenia rozjeżdżających się na wszystkie strony spraw, miliony codziennych wyborów, sprawowanie wszelkich funkcji opiekuńczych, kreatywne podejście do wyzwań, problemów i możliwości, zachowanie czujności, wytrwanie w rutynie, momenty i tygodnie, czasem lata odkładania własnych potrzeb na później, znoszenie hałasu, chaosu i nadmiaru cudzych emocji, targanie siat, kamyczków, hulajnóg i ludzi… Och wiecie – wszystko to, co choć piękne, wzruszające, dobre, wyczekane, zaszczytne i będące wielkim przywilejem potrafi jednocześnie wykończyć, zasmucić, wkurzyć, rozczarować i sprawić, że chce się uciec i zapomnieć trasy powrotnej chociaż na jakiś czas. Wszystko to, co po prostu pobiera więcej energii niż samo generuje. Wszystko to, co składa się na macierzyństwo.

Nieustannie potrzeba nam energii – tej fizycznej, psychicznej, emocjonalnej, tej która pozwala działać, podejmować wyzwania, funkcjonować na okresowo zwiększonych obrotach, zachować dobre samopoczucie, przezwyciężać drobne i większe domowe kryzysy.

Kiedyś miałam tendencje do działania na skrajnych poziomach energii. Gdy było jej dużo mogłam uczyć się nocami do egzaminów, imprezować, sprzątać, angażować się w rozwiązywanie czyichś problemów – po prostu być na etapie eksploatacji zasobów. Gdy energii brakowało, bo się zmęczyłam, przeholowałam z aktywnością albo chorowałam, wchodziłam w etap kumulowania – brałam od innych, leniłam się, odpuszczałam, wyjeżdżałam na wakacje. W realiach rodzinnych, gdy macierzyńskie i inne wszelkie towarzyszące im powinności nieustannie stawiają przed człowiekiem pasmo wyzwań, tego rodzaju dwubiegunowe podejście zdecydowanie odpada. Zasobami energii trzeba zarządzać dla dobra własnego i dobrobytu podopiecznych. Liczy się równowaga, świadomość ograniczeń i natychmiastowe reagowanie na sygnały, które wysyła nasz organizm.

 

O co warto zadbać, o czym pomyśleć, nad czym pracować?

  1. Zachowanie równowagi między aktywnością a odpoczynkiem. Jeśli ma się tendencje do przepracowywania warto planować czas na odpoczynek w pierwszej kolejności – a dopiero „luki” między urlopem, wycieczką, wieczorną jogą wypełnić pracą na rzecz budżetu domowego, relacji rodzinnych i czystości paneli.
  2. Dieta o niskim indeksie glikemicznym. Bez fanatyzmu i restrykcji – na początek niech będzie to po porostu unikanie białej mąki, cukru, wszelkich wypieków i pieczyw o bezwartościowym składzie, nadmiaru drobnych kasz, fury ziemniaków czy bananów. Te wybory pozwolą uniknąć (poza całym stadem chorób cywilizacyjnych) częstych spadków poziomu cukru we krwi, a więc poczucia zmęczenia, napadu głodu i ogólnie odbieranego poczucia braku energii.
  3. Odpowiednie nawodnienie. To takie oczywiste, a podobno okropnie zaniedbywane. Musimy pić i do tego celu powinniśmy używać wody. Nie napojów, izotoników, soków (ewentualnie trochę warzywnych), nie kawy (za to należy się karna dodatkowa szklana wody), nie herbat (w grę wchodzą ziołowe napary). Dodatkowo możemy nawadniać się surowymi, zjadanymi (nie wypijanymi – bo patrz punkt 2) warzywami i owocami.
  4. Zadbanie o zdrowie. Chodzi i o sferę fizyczną, i psychiczną. To, że w czasie ciężkiej choroby brakuje energii jest oczywiste, ale drobne przypadłości również podstępnie i po odrobinie podbierają siłę. Niedobór jakiejś witaminy lub minerału, przewlekły stres, stan zapalny, osłabione mięśnie szkieletowe – to może być wszystko, stawiajmy więc na słuchanie intuicji, wykonywanie wszelkich badań kontrolnych, konsultacje ze specjalistami i lekturę wartościowych źródeł edukujących w zakresie dbałości o ciało i umysł.
  5. Unikanie toksycznych relacji. Są osoby, które swoją postawą życiową, marudzeniem czy na przykład powodowanym szczerą troską podcinaniem skrzydeł zatruwają codzienność i odbierają resztki życiowej energii. Trzeba umieć to rozpoznać, szczerze ocenić i przestać przyjmować na siebie w mylnie pojmowanej wyrozumiałości dla wad, które przecież wszyscy mamy. Z tym trzeba coś robić. Ucinać znajomość, ucinać temat, albo przynajmniej mieć świadomość i nie pozwolić sobie na bycie pod wpływem.
  6. Dzielenie się odpowiedzialnością. W macierzyńskich realiach najłatwiej i najszybciej można popaść w schemat zarządzania wszystkim i wszystkimi. Mama wie jaki jogurcik trzeba kupić, jak jajko ugotować, gdzie są spinki, kiedy szczepienie i że właśnie dziś trzeba zabrać zeszyt w linie. Takie bzdurki, drobnostki i kwestie sprowadzające się głównie do wydawania poleceń, przypominania lub egzekwowania potrafią solidnie wyczerpać. Nie wystarczy dzielić się obowiązkami, a samodzielność dziecka to nie tylko wykonywanie poleceń. Wszyscy powinni mieć poczucie odpowiedzialności i widzieć śmieci do wyrzucenia czy pamiętać o konieczności kupienia zeszytu skoro ma być przyniesiony do szkoły. Nie dajmy się wmanewrować w strażniczki wszechświata – to niewdzięczna, szkodliwa i niepotrzebna rola.
  7. Unikanie ciągłego podejmowania decyzji. Część spraw załatwiamy już w punkcie powyżej. Niech tam gdzie się da, każdy odpowiada za swoje sprawy. A w kwestiach, które zostają po naszej stronie stosujmy jak najwięcej automatyzacji, gotowców, ułatwień, żeby nie zastanawiać się wciąż nad tymi samymi kwestiami. Pomysł na obiad – z listy ulubionych dań przygotowanej raz lub z wcześniej ułożonego menu tygodniowego. Garderoba do przywdziania o poranku – z zestawów pogrupowanych na wieszaku lub w komodzie. Rytuały, zasady, checklisty, schematy, procedury… wszystko co pozwoli unikać zbędnego eksploatowania energii na niepotrzebne procesy decyzyjne.
  8. Spanie. Tego chyba nie trzeba komentować ani objaśniać w obawie przed opacznym zrozumieniem. Nie ma co się oszukiwać, że bez regularnego i odpowiednio długiego snu będziemy mieć siłę do działania. Do łóżka i już – bez wymówek.
  9. Ruszanie się. Brak ruchu, siedzenie na kanapie czy nawet przed komputerem daje złudne poczucie braku zmęczenia. Nie ma zadyszki, bólu łydek i innych symptomów fizycznego przemęczenia. Ale tak naprawdę bezruch męczy tak samo jak wysoki poziom aktywności i odpoczynek możliwy jest tylko w odmiennym stanie. Sport, spacer, taniec, cokolwiek wymagającego aktywności – dotlenia, wspiera funkcje poznawcze, energetyzuje.
  10. Unikanie wielozadaniowości. W macierzyńskich realiach łatwo wpaść w schemat robienia kilu rzeczy jednocześnie, bo często inaczej się nie da. Rosół pyrka na gazie, jedną ręką grasz w planszówkę, drugą odnotowujesz dawkę paracetamolu podaną dziecku, trzecią(?) odpisujesz na pilnego maila jednocześnie słuchając piosenki przedszkolaka i myśląc o wstawieniu prania. Tak się da – ale to jest wykańczające, nieefektywne, frustrujące ciebie i innych. Stawiajmy na uważność, bycie tu i teraz, czerpanie przyjemności z wykonywanego zadania. To znacznie zaoszczędzi nam utraty energii, nawet jeśli wykonywanie czynności potrwa w sumie dłużej od szybkiego i szalonego chaosu wielozadaniowości.
  11. Dostosowanie poziomu aktywności do cyklu. Warto współpracować z naturalnym rytmem organizmu. Każda z nas jest inna i inne kierują nią siły. Może podczas PMSu lub owulacji należy unikać wyzwań, bo brak harmonii w otoczeniu skończy się wybuchem emocji. Może po 16.00 trzeba mieć już odhaczone wszystkie najważniejsze zadania, bo dobowy rytm jakiemu się podlega nie będzie sprzyjał sukcesom za to spowoduje wzrost poziomu frustracji. Może od listopada do lutego trzeba zaplanować kilka krótkich wyjazdów dla podniesienia motywacji, bo brak słońca i stateczny styl życia bez okazji do dotlenienia skutecznie odbiera zapał do czegokolwiek. Dobrze jest znać siebie i słuchać podpowiedzi zamiast wciąż walczyć z naszymi stałymi uwarunkowaniami.

 

Czy to na pewno działa? Kończę pisać ten tekst o godzinie 20.00, po rundce z hulajnogami po parku i tłumieniu zamieszek na wieść, że dziś nie starczy już czasu na wizytę na placu zabaw. Jest połowa lutego, ale od trzech dni aura udaje końcówkę marca. Trochę się gubię, zwłaszcza że ostatnie trzy tygodnie spędziłam na chorowaniu w domu. Mój poziom energii to jakieś maleńkie 2 punkty na 10 możliwych – oj słabo, jak na umocowanie do pisania w powyższym temacie. Nie zjem teraz kilku ciasteczek z gorącą herbatą przy dwóch odcinkach ekscytującego serialu. Poćwiczę chwilę jogę, zjem garść orzechów, wypiję wielką szklankę wody i pójdę wcześniej spać. Wiem, że to zrobi różnicę i jutrzejszy poranek będzie dobry.

A Ty ile dziś sobie zaliczasz punktów na energetycznym wykresie (można iść też w ujemne;)?