Ojtam, ojtam – odczepcie się od tego chwalenia. Kolejne przeteoretyzowane teorie. Kocham moje dziecko, nie będę mu żałowała kilku miłych słów. Poza tym, o ile nadmierna krytyka może kogoś niszczyć, to absolutnie nie widzę szansy na to, że szczere i możliwie obiektywne pochwały mogą mieć negatywne konsekwencje.

 

Czy pochwały powinno się pochwalać?

Tak sobie myślałam w macierzyńskich początkach, gdy pochwalić dziecko za czyny było jeszcze trudno – no chyba, że za szybkie i donośne odbicie po spożyciu mleka. A później zaczęłam obserwować, że rzucona bez większego zaangażowania pochwała w stylu: „łał – pięknie” – wcale nie daje dziecku satysfakcji i chyba często rozczarowuje. Zaczęłam też zauważać przyzwyczajenie do kończenia każdej pracy nad czymś natychmiastowym raportem po to, by pochwałę otrzymać, a nawet przyspieszaniem (np. szybkie nabazgranie rysunku bez zaangażowania i przyjemności), by przejść już do finalnego momentu usłyszenia aprobaty. Starsza córka reagowała też negatywnie na pochwały wypowiadane do młodszej. Zazdrość wydawała się absurdalna, bo dotyczyła czegoś, co starsza opanowała dawno temu – jednak w mniemaniu dziecka pochwały jak cukierki – należy dzielić w tym samym czasie i po równo. A więc jednak każde „brawo, cudnie, jesteś mądry, jestem dumna, jakie duże” miało dwie strony medalu.

 

Co jest nie tak z tymi pochwałami?

Przecież pochwały tak często działają! Dziecko się uśmiecha, skacze z radości, jest zmotywowane do powtórzenia pochwalonego sukcesu i za jednym zamachem do unikania tego, czego nikt nie pochwalił.

Aaale do recepty na pochwały powinna być dołączona ulotka z wypisanymi licznymi skutkami ubocznymi, a w niej:

– uzależnienie radości z wykonanej pracy od oceny dorosłych – w ogóle szeroko rozumiane uzależnienie od aprobaty dorosłych,

– strach przed rywalizacją z tymi, którzy np. w szkole, w rodzinie pochwały zyskują częściej,

– zadowalanie innych kosztem własnej samooceny,

– ograniczanie możliwości dziecka odkrycia tego, co mu się podoba i co mu sprawia przyjemność,

– myślenie w stylu „co ludzie powiedzą”, czyli nadmierne poleganie na innych i życie pod presją – często nawet tylko wyobrażoną,

– poddawanie się w wyniku negatywnych opinii innych ludzi (a te, jak wiemy, w dzisiejszych czasach są standardem),

– koncentracja na efekcie końcowym pracy z pominięciem przyjemności z samej pracy, z niedocenianiem wysiłku czy procesu naprawiania błędów,

– trudność w wykształceniu samooceny i liczne tego skutki, jak np. bycie łatwym celem manipulacji, wywierania presji, konformizm

Pewnie można by było jeszcze mnożyć długofalowe konsekwencje stosowania pochwał i tworzyć typologie ze względu na rodzaj i charakter stosowanych przez dorosłych ocen. Ale mi wystarczy – widzę już, że koniecznie muszę popracować nad zaprzestaniem wygłaszania nawykowych komentarzy i sprytnymi odpowiedziami na pytania dzieci o ocenę szybkości sprintu po placu zabaw, kształtu wykaligrafowanej literki „G” lub wysokości wieży ustawionej z klocków.

 

Zachęta – bo przecież musi być coś w zamian.

Celem chwalenia jest cudowna i ważna intencja budowania u dziecka poczucia własnej wartości. Co więc robić? Coś przecież robić chcemy.

„Kolejny błąd dorosłych to wiara w to, że mogą „dać” dziecku poczucie własnej wartości. Poczucia wartości nie można dać ani otrzymać. Powstaje ono dzięki temu, że dziecko czuje się zdolne, zaradne i pewne siebie, bo ma wiele okazji ku temu, by starać się radzić sobie z rozczarowaniami, rozwiązywać problemy i uczyć się na błędach.”

Ok – to wiem już, że nie tędy droga. Którędy więc?

W książce, z której pochodzi cytowany wyżej fragment (Pozytywna dyscyplina, Jane Nelsen, CoJaNaTo, Warszawa 2015 r., s.205) zachęcani jesteśmy do zastąpienia pochwał zachętą. Zachęta ma inspirować, stymulować, dotyczyć zachowania („sąsiadce musiało być miło, gdy powiedziałaś ‚dzień dobry'” – zamiast: „ale jesteś grzeczna”), być postawą pełną szacunku, a nie protekcjonalności, ma uczyć samooceny, a nie uzależniać od opinii innych („a co tobie podoba się najbardziej w twoim obrazku?” – zamiast „świetne kolory kwiatków”), ma koncentrować się na dziecku, a nie na tobie („ta dobra ocena to efekt twojej ciężkiej pracy” – zamiast „ale jestem dumna z twojej oceny”). Ogólnie rzecz podsumowując zachęta ma wspierać pewność siebie i poleganie na sobie – w odróżnieniu od pochwały, która uzależnia od innych.

Na tej samej stronie książki zawarto też szybkie rady na to, jak odróżnić pochwałę od zachęty. Należy zadać sobie pytanie czy w swoim komunikacie widzę perspektywę dziecka, czy tylko swoją własną; czy okazuję szacunek czy raczej traktuję z góry (wiecie – na zasadzie: ja wiem – to ci teraz powiem); czy zachęcam do samooceny czy do polegania na komunikatach z zewnątrz. I wreszcie – czy powiedziałabym tak do przyjaciela, bo przecież to co mówimy do dorosłych jest znacznie bliższe słowom zachęcającym niż protekcjonalnym pochwałom serwowanym dzieciom.

 

Ha! I jak teraz dodacie mi tu miły komentarz, żeby mnie nie uzależniał od pochwał z zewnątrz? ;)