stresy matek

 

Mówi się „młoda mama” i choć to powiedzonko oparte na metryce nowonarodzonego dziecka, a nie na wieku matki, to brzmi jak takie „ha, ha” na pożegnanie. Bo młoda matka to pierwszy i najlepszy kandydat salonów fryzjerskich – jak nic sypnie siwym włosem przed pierwszymi urodzinami dziecka. Jak chronić kolor swych włosów?  Tekst w czterech pasmach – nie o szamponie, a o niemowlaku.

 

  1. Dlaczego ono nie śpi?

Wiecie – te teorie, sposoby, patenty, rytuały, szacunki, jak długo powinno, zaklęcia, żeby się nie obudziło. Mam wrażenie, że to wszystko jest na nic. Dziecko i tak śpi tyle, ile potrzebuje. Możemy sądzić, że powinno więcej, możemy próbować wdrażać systemy naprawcze, możemy kulić się pod spojrzeniem sąsiadki, której Lenusia przesypia noce od zawsze, możemy usypiać całe dnie, zliczać minuty do minut i obliczać dobową średnią, ale ostatecznie nie na wiele się to zda.

Spytają nas: „i jak sypia?”. Odpowiedzmy zgodnie z prawdą, że jak chce i już. Niewyspanie samo w sobie bywa frustrujące, po co dodatkowo frustrować się sfrustrowaniem. Ten rok czy dwa snu w kratkę tak szybko minie i będziemy z nostalgią wspominać nocne kursy po mieszkaniu, niepowtarzalny smak kawy i nadprzyrodzoną lekkość, gdy los fundnie nam kilka godzin nieprzerwanego snu. Dziś ono budzi nas, jutro my będziemy budzić je. W przyrodzie i tak nastanie równowaga, więc włączmy sobie szumisia i luuuuz.

 

  1. Co ile karmić noworodka?

Pierwsza odpowiedź na pytanie co ile karmić noworodka,  jaka przychodzi mi na myśl, gdy wspominam pierwszy miesiąc życia Zuzu lub Mimi brzmi: lepiej w ogóle nie przerywaj. Standardowy noworodek śpi z przerwą na jedzenie. Moje panny miały nieco przewrotne poczucie humoru i wolały taktykę odwrócić: jadły z przerwą na sen. Dobrze, że noworodki nie wymagają od rodziców wykazania się kulinarnym kunsztem i stawiają po prostu monotematycznie na mleko. Pierworodna wzgardziwszy już w pamiętnym dniu swych narodzin propozycjami matczynego bufetu była na mleku początkowym Enfamil, a drugorodna – dziewczyna nieco mniej bezkompromisowa brała co natura dała.

W obu przypadkach powinno być prosto. Przy mleku modyfikowanym podajemy ilość pokarmu zgodnie z przewidzianą dla wieku, posiłkując się po prostu podziałką mililitrową na butelce lub innym pojemniczku. Wiemy ile mleka przygotowaliśmy i ile ubyło, bo do przygotowania mieszanki używamy ściśle określonych ilości wody i mleka. Przy mleku naturalnym karmimy na żądanie i nie liczymy ile to mililitrów mogło przepłynąć przez buzię ssaka, bo w zasadzie nie mamy ku temu narzędzi.

Natomiast niewiele mam potrafi nie myśleć co kwadrans: ile, ile, ile. Czy nie za dużo , czy nie za mało, czy o właściwej porze, czy nie za rzadko, czy budzić. To zupełnie nie ma sensu. Wystarczy w zaleconych przez pediatrę odstępach czasu ważyć dziecko. I już – mamy alibi, nie musimy wróżyć, liczyć, zgadywać, domyślać się. Szczęśliwe dziecko plus przyklepane przez pediatrę osiągi na siatkach centylowych wystarczą. Mamy problem z głowy, możemy martwić się czymś innym.

 

  1. Czy to normalne, że…?

Że ma już zęby, że nie ma, że ma trzy. Że siada, pełza do tyłu, patrzy na lampę, nie patrzy na lampę. A napisz jeszcze o jakimś osiągnięciu lub jego braku w internecie! W trzy sekundy poślą Was do specjalisty. I oczywiście nic w tym złego, żeby konkretne wątpliwość sprawdzać u lekarza. Niemniej 99% matczynych rozterek to podszepty złej macochy. Gdybym nie martwiła się na zapas, nie musiałabym martwić się wcale w ciągu ostatnich 4 lat.

Zamiast zakładać, że cokolwiek jest źle, że dziecko odbiega od norm, zamiast porównywać malca z innymi dziećmi… zróbmy sobie duży dzban meliski. Bez nerwów, internetowych teorii, oczekiwań i chorego dopingu łatwiej o uważną obserwację dziecka. Wystarczy trochę wiedzy z rzetelnych źródeł, trochę matczynego instynktu, który drzemie gdzieś obok ośrodka regulującego zapotrzebowanie na kawę i pełna świadomość, że to my najlepiej znamy nasze dziecko.

I choć zwykle złoty środek jest stanem idealnym, w kontaktach z lekarzami sprawdza mi się postawa pełna fundamentalizmu i skrajności. Gdy to oni wytropią coś budzącego wątpliwości – słucham, zapisuję, wykonuję wszystkie zalecone badania czy obserwacje, ale staram się im w ogóle nie wierzyć i zupełnie nie przejmować. Tfu, tfu – odpukać, jeszcze nigdy nikt nie miał racji w swych teoriach zlecając moim dziewczynom dodatkowe usg bioderek, wysyłając do neurologa czy zlecając badania krwi. Natomiast jeśli to ja czuję, że coś jest inaczej niż zwykle cisnę, nalegam i idę choćby na dwie wizyty, żeby sprawdzić jednego lekarza innym lekarzem. Niestety mam wrażenie, że pediatrzy, znieczuleni kontaktami z drżącymi o zdrowie dzieci rodzicami, nie bardzo potrafią słuchać. Powtarzam więc aż zyskam pewność, że ktoś usłyszał.

 

  1. Z dzieckiem mogę wszystko. Mogę?

Sprawdziłam. Tak, można wszystko – tylko nie wszystko naraz. Przed narodzinami dziecka, lecąc na skrzydłach niezależności, można butnie zakładać, że dziecko niczego nie zmieni. Że z niemowlakiem w chuście można zwiedzać świat, lepić pierogi, że przy dobrej organizacji można pracować, że się nie damy, nie poddamy i w ogóle niczego nie oddamy. Później wraz z kolką, pełną pieluchą i praniem do rozwieszenia nadchodzi proza życia, nerwy niemowlaka poddanego nadmiarowi bodźców, brak pod drzwiami kolejki członków rodziny chętnych do opiekowania się maluchem, miks oczekiwań, ról i okoliczności.

I nie wierzmy, że praca z dzieckiem w domu to rozwiązanie idealne – tego nie da się sensownie i w pełnym wymiarze robić. I nie dajmy sobie wmówić, że skoro opiekujemy się dzieckiem, czyli w zasadzie nic nie robimy, to musimy gotować trzydaniowe obiadki. Nie uwierzmy przypadkiem, że tylko my jesteśmy w stanie dobrze zająć się dzieckiem. I nie odstawiajmy siebie na boczny tor, bo ciężko z niego później wskoczyć w nurt pędzącego dalej życia.

Dystans, spokój i dobre planowanie. Wiele będzie trzeba odpuścić, w część włożyć kilka razy więcej wysiłku, coś przeorganizować zupełnie, czasem poprosić o pomoc. I wszystko, tylko nie wszystko naraz.

 

Życzę Wam jak najmniej macierzyńskich stresów. Oby tych uzasadnionych nigdy nie było, a przed tymi na wyrost brońcie się śmiechem, dystansem i kawą. A do fryzjera i bez siwych włosów można iść. Mi fryzjerka zaleciła farbowanie blond pasmami w stosunku 40 do 60% (naturalnego koloru). Polecam – cztery godziny z gazetkami i bez dzieci gwarantowane :)